wtorek, 13 października 2015

Rozdział IV (Prawda)

Ciernie ściskają me wnętrzności, moja blizna pali jakby była polana kwasem, krew płynie z coraz liczniejszych ran, wokół mnie wirują jej krople. Unoszę się w ciemności, moje oczy znów zamglone. Jestem otoczony ciemnością, przytwierdzony do sufitu. Cały poobijany.
I znów śpiew, niebieski ogień i tron. W zimnie stąpam bosymi stopami po zmarzniętym gruncie, w samych bokserkach wolnym krokiem idę na spotkanie z Przedwiecznym. Pieśń Rusałek jest enigmatyczna. Cthulhu nadzwyczajnie spokojny. Razem z Nim dobrze się spisaliśmy i wypełniliśmy obowiązki uczniów Boga. Anioły unoszą się ze mną bym mógł znaleźć się na platformie.
I teraz oko w oko spotykam Przedwiecznego, za szybą stoi Yang, wyprostowany jak zawsze. Pewny siebie.
-Cisza-uspokoił Rusałki i chaotyczne demony wirujące wkoło niego.-Witajcie moi uczniowie.
Pokłoniłem się Przedwiecznemu.
-Ostatnie 10 dni zleciały wam obu wyjątkowo dobrze, spisaliście się doskonale i jestem z was dumny. Więc dziś ujawnię wam prawdę o świecie, śmierci i waszym przeznaczeniu.
Cicha pieśń chóru rusałek dobiegła do mych uszu. Tajemnicza pieśń.
-Każdy człowiek kiedyś umrze, lecz nieliczni są gotowi zostać Bogami, jesteście wyjątkowi. Człowiek po śmierci idzie gdzie chce, zależy od jego wiary, lub zostaje Bogiem. Buddyści odradzają się, chrześcijanie idą do nieba. Bogowie też umierają jak Odyn, po śmierci stają się ludźmi i znów powstaje krąg życia. To jest, moi uczniowie prawda o śmierci.
-Przedwieczny, lecz co dzieje się z ateistami?-niski głos zapytał zza ściany
-Ateiści stają się duchami i krążą przyglądając się ludziom. To samo dzieje się z agnostykami. Kontynuując. Yin i Yang, dwie części jednej całości. Dobre w złym, złe w dobrym. Jesteście jak małe przerażone zwierzątka, lecz to się zmieni. Wy moi drodzy żyliście w wymiarze K-X187 i nim będziecie rządzić, lecz najpierw nauczycie się żyć tak by być sprawiedliwymi dla ludzi i dobrze rządzić. W moim wymiarze N-982 nauczę was tego co powinien wiedzieć każdy Bóg. Będę was poddawać próbom, lecz wiem, że sobie poradzicie. Za każde przewinienie jest kara i Yin o tym dobrze wie. Oto prawda o waszym przeznaczeniu.
-Wielki Przedwieczny, czy mogę zadać osobiste pytanie?
-Znam twoje pytanie i odpowiedź brzmi tak, to kara za naruszenie świętego ciała, ale i również próba, którą przejdziesz. Radzisz sobie doskonale mój uczniu.
Cholera, miałem rację, zrobił ze mnie pedała.
-I ostatnia prawda o świecie. Karma, najsprawiedliwsza ze sprawiedliwych, sprawiedliwsza od Pierwszego, od Boga, który stworzył wymiar 00, sprawiedliwsza od najsprawiedliwszego. Karma rządzi wszystkim, Karma widzi każdy uczynek i pilnuje aby wszystko było wyważone równo. Karma patrzy oczami gwiazd, aby wszystko co uczyniliście do was wróciło. Pamiętajcie o niej, bo ona o was pamięta. Oto moi uczniowie prawda o świecie.
-Czy Karma jest najwyższym z Bogów?-znów zapytałem
-Karma nie jest Bogiem. Karma jest sprawiedliwą. 
Nastąpiła niezręczna cisza.
-Koniec dzisiejszych nauk. Macie do mnie jakieś pytania?
Nie miałem.
Yang też nie miał.
I anioły wzniosły mnie w górę.
Ocknąłem się w moim łóżku, z zaschniętą krwią przy prawej dziurce nosa. Jestem tak cholernie zmęczony. Mam nadzieję, że mój organizm wytrzyma takie obciążenie. 
Sprawiedliwa patrzy oczami gwiazd, niech mnie w końcu dostrzeże.

czwartek, 17 września 2015

Rozdział III (Nowy)

Budzę się w moim łóżku, ciepłym i wygodnym. Budzik próbuje mnie z niego wyciągnąć, wskazuje godzinę 7:00. Bardzo powoli wywlekam się spod kołdry i wkładam na siebie czarną bluzę z nadrukiem baraniej czaszki. Wychodzę z pokoju ledwo żywy, parzę czarną kawę w kubku z przemiłym obrazkiem dwójki górali na tle bacówki. Wyciągam chleb i smaruję go margaryną, kładę na niego ser i jem popijając kawę. Zauważyłem w ciągu tych kilku dni, że moje uszy są śmiesznie zaostrzone, a moje zęby przypominają kły. Muszę przyznać, że gdy pierwszy raz się zobaczyłem, byłem przerażony, teraz się przyzwyczaiłem. Pakuję plecak na dzisiejszy dzień, czeka mnie 5 lekcji z moją nową klasą, dzięki bogom bez wychowania fizycznego. To nie tak, że nie lubię sportu, ja po prostu nie lubię się przebierać. Zakładam spodnie, myję zęby i twarz, czeszę włosy, patrzę w oczy. Normalne. Ubieram ciepłą kurtkę, glany, biorę plecak i wychodzę. Zbiegam ze schodów.
Podczas drogi po skrzypiącym śniegu palę papierosa, w piątek kupiłem całą paczkę. Powtarzałem, że nie wolno mi się bać. Zaakceptowałem głos z mojej głowy, już się go nie boję. Czasem gdy nie mogę spać rozmawia ze mną o książkach i muzyce. Mój stan też mnie przeraża, jak można rozmawiać z własnym umysłem?
Otwieram drzwi do szkoły i odwieszam w szatni kurtkę. Pierwsza lekcja zaczyna się na ostatnim piętrze, polski w sali 208. Nie wolno ci się bać. Wchodzę po schodach i staję przy barierce. Widzę moją klasę i miękną mi kolana. Boję się.
Dzwoni dzwonek. Jest mi gorąco i jednocześnie zimno.Trzęsą mi się ręce. Idzie nauczycielka, wysoka i ładna. Ubrana w jasne jeansy, różową koszulkę i czarne botki. Ma długie czarne włosy i niebieskie oczy. Jako Rocket pewnie bym stwierdził, że mnie pociąga, ale teraz nic. Coś jest nie tak. Wszyscy weszli, wchodzę i ja. Patrzą, oni na mnie, ja na nich. Bardzo się wyróżniam. Rzucam krótkie "Dzień dobry" i siadam w ostatniej ławce przy oknie. Jestem inny niż oni.
-A kolega to z tej klasy?
-Owszem.
Wyciągnąłem podręczniki i nauczycielka zaczęła sprawdzać obecność. Brakuje pięciu chłopaków i dwóch dziewczyn. Jakaś blondynka zapisuje na tablicy temat dotyczący interpretacji jakiegoś tam wiersza. Ta klasa jest taka nudna. Nikt nie jest interesujący. Patrzę jak za oknem wirują płatki śniegu. Nudno, nudno, nudno. Moi już by dawno coś odjebali, a tu? Cicho i nudno. Drzwi do klasy otwierają się. Pierwszy wchodzi dość wysoki chłopak o łysej głowie i piwnych oczach, za nim wchodzi drugi. Długie czarne włosy sięgające za łopatki, lewy bok ścięty na krótko i zafarbowany na siwo, blada skóra, lekko zaostrzone uszy i czarne oczy, zupełnie jak moje. Dziwnie się czuję. Wydaje mi się, że gdzieś go widziałem.
-Górski, Zając. Do mnie.
-Co znów zrobiliśmy?-odzywa się wyższy.
-Do mnie.
Podchodzą do nauczycielki i stają grzecznie przy jej biurku.
-Regularnie spóźniacie się na lekcje, dzisiaj jesteście 20 minut po dzwonku a poza tym czuję od was papierosy.
-My już nie będziemy-łysy uśmiecha się głupkowato
-Jeśli dalej tak będzie to dzwonię do rodziców, a teraz do ławek.
Siadają w ławce obok mojej. Co jakiś czas któryś dzieciak gapi się na mnie, lecz gdy tylko spojrzę, odwraca wzrok. Może poza dwoma wyjątkami, patrzy na mnie mała dziewczyna z drugiej ławki i ten chłopak z długimi włosami. Czuję się niezręcznie. Otwieram zeszyt na ostatniej stronie i zaczynam szkicować jelenia z dużym porożem. Czuję na sobie ich wzrok. Wiem, że patrzą. Ratuje mnie dzwonek. Schodzimy w dół, idę z tłumem pod historię. Stoję jak najdalej od nich, najchętniej zapadłbym się pod ziemię.
Ktoś co chwilę nawiązuje kontakt wzrokowy, który ja zrywam patrząc co chwilę w ekran telefonu, udając, że zmieniam piosenki, choć tak na dobrą sprawę od jakiegoś czasu słucham Pink Floyd - Dogs.
Dzwonek, dzięki bogom!
Wchodzę do kolejnej klasy i siadam w ostatniej ławce pod oknem. Obok mnie siada ta mała dziewczyna. Chce nawiązać kontakt, widzę to. Problem w tym, że ja nie chcę. Próbuje do mnie zagadać.
-J-jestem Zuza, a ty?
-Marcel.
Koniec rozmowy, proszę. Nie chcę z nią rozmawiać. Nie chcę z nikim rozmawiać, z nikim z tego świata. Chcę porozmawiać z Koyuki, ale nie tą z mojej głowy, nie tą płaczącą. Chcę porozmawiać z Koyuki siedzącą na kanapie w garażu, pijącą tanie wino i mówiącą o grach wideo.
Od rozmowy z Zuzą ratuje mnie lista obecności. Antczak-jestem, Bór-jestem, i tak dalej aż do nazwiska Górski.
-Górski? Jest? Czy znów uciekł?
Do klasy wparowuje dwójka, która spóźniła się na pierwszą lekcję.
-Jestem!-długowłosy wykrzykuje
-Spóźnienie.
Ze zwieszoną głową idzie do ławki. Spogląda na mnie.
Ten głos przechodzi przez mój umysł, mięśnie i kości. Sprawia wrażenie niskiego, ciężkiego i smutnego. Jestem pewny, że go znam.
Przez resztę lekcji wcale się nie odezwałem. Czasem spoglądałem na niego. Nawet nie wiem jak ma na imię. Czuję się tu źle, chcę do domu. Obserwuję płatki śniegu i ptaki, tak czas leci mi szybciej. Brak kontaktu z Zuzą, z Górskim, z nauczycielką. Tak jest dobrze. I znów dzwonek.
Płynę w górę z tłumem, prosto na godzinę wychowawczą. Czuję, że ta lekcja będzie gorsza niż dwie poprzednie razem wzięte. Muszę znaleźć w tej szkole miejsce gdzie będę mógł być sam, gdzie będę mógł szkicować w spokoju. Muszę przed nimi uciec. Pamiętam, że było tu kiedyś coś takiego, w części gdzie jest aula. Schody prowadzące na balkon auli i do gabinetu pani pedagog. Ale teraz nie zdążę. Następną przerwę spędzę tam.
Gruba, rudawa nauczycielka z czerwonymi ustami wpuszcza nas do klasy. Siadam gdzie zawsze, ostatnia ławka-okno.
Grubaska zaczyna od przedstawienia nowego ucznia siedzącego jak najdalej. Zaczyna ode mnie.
-Chciałabym powitać w klasie nowego ucznia, pewnie już go zauważyliście. Nowy kolega ma na imię Marcel i przeniósł się do nas ze szkoły z Gdańska. Powiedz coś o sobie.-zwróciła się do mnie.
-Em, więc jestem Marcel.-wstałem-Nie mam pasji, ani zainteresowań, nie umiem zbyt wiele i ogólnie mówiąc jestem okropnie nudny i niezbyt ciekawy.
-Oj nie mów tak, podoba ci się nowa klasa? Zaaklimatyzowałeś się tutaj?
Nie.
-Jest całkiem ok.-odpowiedziałem oczywiście kłamiąc.
-A twoja poprzednia szkoła? Jak tam było?
-Fajnie, miałem kilku przyjaciół, całkiem dobre stopnie.
-Mam nadzieję, że twoje stopnie będą takie jak tam-nauczycielka uśmiecha się-a czym zajmujesz się poza szkołą?
-Niczym, mówiłem już, jestem nudziarzem. 
-W takim razie witamy w IIc.
Usiadłem. Wszyscy na mnie patrzyli, niezbyt komfortowo.
Następnym tematem było spóźnianie się na lekcje tego fajnego chłopaka. Z rozmowy między nim a nauczycielką wynikało, że ma na imię Franek i oprócz spóźniania się, opuszcza także lekcje. Obiecuje, że nie będzie się spóźniał. Nie wiem czemu, ale chciałbym go poznać. 
Resztę lekcji przeznaczone jest na czas wolny, z mojego planu wynika, że następna lekcja to niemiecki. Ta przerwa będzie trwała 5 minut, następna 15, więc zdążę na papierosa.
Coś czuję, że w tej szkole dzwonek będzie najpiękniejszym i najbardziej upragnionym dźwiękiem. Wychodzę na przerwę i idę na schody. Jestem zupełnie sam, co za ulga. Wyciągam zeszyt, żeby choć trochę upiększyć jelonka w zeszycie od polskiego. Cała przerwa mija, a mnie chce się strasznie palić.
Wchodzę na niemiecki i siadam w ostatniej, potrójnej ławce przy oknie. wypakowuję zeszyt i włączam sobie muzyczkę, żeby mi się nie nudziło. I tak mam zamiar tylko zdać z tego przedmiotu, bo tak właściwie go nie lubię. I przysiada się do mnie tych dwóch. Franek siada obok mnie. Lista obecności i początek lekcji. 
Jest nudno, a serce chce mi wyskoczyć z klatki piersiowej. Wydaje mi się, że wiem o czym mówił przedwieczny. Pokuta, odbywam ją właśnie teraz na niemieckim, cudnie. Cthulhu zrobił ze mnie pedała, świetnie, brawo Przedwieczny, najlepszy opiekun na świecie i poza nim.
Okropnie boli mnie brzuch. Niech to już się skończy. Lubię być koło niego, podoba mi się zapach jego perfum i jego niski głos. To w jaki sposób w jaki odgarnia włosy. Znalazłem nowego crusha.
Jest mi za gorąco, ale nie mogę podwinąć rękawów. Okropne.
Dzwoni dzwonek. Szybko wychodzę z klasy i idę za najbliższy wieżowiec zapalić. Śnieg spada na moje czarne włosy tak, że widać kształty wszystkich płatków. Na razie jestem sam przy środkowym "tunelu" w wieżowcu. Odpalam papierosa i zamykam oczy. Chcę już do domu. Mimo tego, że tam nie robię nic poza czytaniem i graniem na gitarze, to i tak wolę być w domu. Mam ochotę oprzeć się o ścianę i zsunąć na chodnik, lecz się brzydzę. Tak bardzo chciałbym teraz stać na Górce* obok Koyuki i śmiać się z klasowego kretyna, tak bardzo za nią tęsknię.
-Te Nowy, masz ognia?-rozproszył mnie damski głos
Przed oczami pojawiła się chuda blondynka z ewidentnie przesadzonym makijażem i cukierkowo różową kurtką.
-Proszę-podałem jej czarną zapalniczkę z obrazkiem kotka.
Odpaliła papierosa i podała zapalniczkę mniejszej i grubszej koleżance o krótkich czarnych włosach, która nie była z mojej klasy.
-Ty, Nowy, tak właściwie to jestem Andżela, a to Mała. Wyglądasz na takiego grzecznego chłopczyka, a tu proszę. Długo palisz?
-Kilka lat.
Nie wiem.
Zauważyłem, że przy trzecim "tunelu" stoi Franek z tym cwaniaczkiem i palą. Spojrzał na mnie, zrobiło mi się zimno. Spaliłem papierosa.
-Andżela, ja wracam do szkoły bo mi zimno.
-Dobra, Mała my też wracamy.
I tak znalazłem pierwsze koleżanki. Przynajmniej jakieś mam.
Gdy wracaliśmy podbiegli do nas Franek i Cwaniaczek. Cwaniaczek objął Andżelę i pocałował ją w policzek. Widocznie są razem.
A teraz Franek obejmie tą Małą, jestem pewny.
Ale nic się nie dzieje, wracamy wszyscy razem do szkoły, Mała idzie na górę, a my na biologię.
Dzwonek obwieszcza koniec przerwy, zmarznięty wchodzę do sali i siadam tam gdzie wcześniej. Grzeję ręce o grzejnik i czekam aż z zaplecza wyjdzie szczuplutka blondynka z krótkimi włosami. Tylko ona prowadziła tu zajęcia. I wchodzi lekko kulejąc na prawą nogę.
-Słuchajcie, dzisiaj wypuszczę was 15 minut przed dzwonkiem, bo mam wizytę u lekarza. Nienawidzę zimy. Zapisujcie temat z tablicy i punkty. Na następny poniedziałek ćwiczenia, a teraz cicho siedzieć i słuchać.
Lekcja zeszła mi na słuchaniu o budowie czaszki ludzkiej. 
30 minutowa lekcja zeszła szybko, cała klasa wyszła i rozeszliśmy się do domów. 
Po powrocie rozebrałem się i zjadłem obiad. Położyłem się na łóżku. To tylko 5 lekcji, a jestem tak zmęczony.
Książki pochłaniają mnie na tyle, że z 20 minut robią się 4 godziny i od lektury odrywa mnie mama.
Wtedy biorę gitarę i gram coś, co znałem z tamtego życia. Utwory, które jeszcze nie istnieją. Gram i śpiewam, lubię śpiewać chociaż nie wiem czy nie fałszuję. Oparty o ścianę słowo po słowie wspominam przyszłość. Sąsiedzi słuchają nieznanych im dźwięków i mojego okropnego głosu. 
Często gram wieczorami. Zwykle później się kąpię.
Zanurzam się w ciepłej wodzie. Powoli zapadam w sen.
A we śnie widzę spadający śnieg i uśmiechniętą twarz Koyuki opatuloną szalikiem.
-Rocket, spójrz śnieg!
Wokół nas jest mnóstwo kałuż i przegniłych liści.
Co ja najlepszego narobiłem.

-Marcel! Marcel, wszystko dobrze?-głos dobijającej się do drzwi mamy budzi mnie ze snu.
-Tak, wszystko ok.
Po wyjściu z wanny udałem się zmęczony do łóżka, wychodzi na to, że spałem ponad godzinę. Jest 23.40. Położyłem się na łóżku patrząc w ciemności w sufit. Zamykam oczy i widzę jego uśmiechniętą twarz.
-Już się nie boisz?-głos z mojej głowy znów się przebudził
-Nie, już się nie boję. Już nigdy nie będę się bał.
Nigdy.



______________________________________________
*Górka - w szkole do której chodzę (i do której chodziła Rocket) palarnia jest nazywana po prostu Górką.

piątek, 28 sierpnia 2015

Rozdział II (Widzenie)

Nie zmrużyłem oka tej nocy. Powtarzałem sam do siebie, że się nie boję, ale tak naprawdę wciąż odczuwam strach. Wziąłem jedną z książek z półki, Stephen King "Miasteczko Salem", jedna z moich ulubionych. Zacząłem lekturę. Śledziłem litery średnim tempem, czytałem je głosem Adama. Powoli, nigdzie się nie spieszę, jutro mogę pospać. Mam ferie. Obserwuję obraz w środku mojej głowy, Adam mi opowiada, a ja siedzę w swoim łóżku, w małej klitce na drugim piętrze, pod ciepłą kołdrą z nadrukiem Kapitana Ameryki dumnie eksponującego swoją tarczę, a nad moją głową świeci lampka.
Nagle poczułem się dziwnie, moje rany zaczęły mnie lekko piec, blizna yin także. Poczułem coś dziwnego w oczach, obraz się troszkę zamazał. Wystąpiła mi na całe ciało gęsia skórka. Włożyłem zakładkę do książki by pójść i zobaczyć w lustrze co jest nie tak. Stanąłem przed lustrem i spojrzałem na moją twarz. Moje oczy się powiększyły, są jeszcze większe niż po południu, ledwo widać białka. Z moich ran lekko sączy się krew, chociaż jeszcze przed chwilą były suche. Blizna pod obojczykiem z lekkiego różu przeszła w karmin. Co tu się do cholery dzieje?
Wróciłem do łóżka, to sen, śpię, jestem tego pewien. To nie dzieje się naprawdę. We śnie czytam książkę, we śnie poszedłem do łazienki, we śnie zobaczyłem te oczy. Niech to będzie prawda. Sprawdziłem godzinę 2:17. Znów zacząłem czytać. Adam w mojej głowie opowiadał mi, a ja przyglądałem się Salem.
Po kilkudziesięciu stronach ledwo widziałem, nie mogłem odczytać liter, wszystko się jakby zblurowało. Zamknąłem książkę z włożoną zakładką. Bolą mnie wnętrzności, zdaje się, że ból rozrywa moje rany i moją bliznę. Zgasiłem światło. Boli. Uspokój się Marcel, to tylko sen
Unoszę się, mimo bólu unoszę się. Czuję woń krwi. Na chwilę odzyskuję wzrok, wokół mnie wirują krople mojej krwi, z ran już się nie sączy, teraz leci ciurkiem, blizna także krwawi, wygląda jak świeżo zrobiona skaryfikacja. Koniec, blur zupełny, nic nie widzę. Lecę w górę, szybko, bardzo szybko. Uderzam kręgosłupem o sufit. Boli. Obracam się i uderzam żebrami o ścianę. Boli. Blizna zaczyna piec jakby ktoś posypał ją solą.
Ciemność
Spadam w dół, długo. Ląduję twardo, na udeptanej ziemi, jest zimno. Pochodnie zapalają się na niebiesko. Idę pod tron gdzie siedzi mój przełożony. Rusałki śpiewają coś niepokojącego. Mam nadzieję, że to sen, bo jak nie to pieśń rusałek wskazuje na to, że mam przejebane. Bardzo. Więc idę do tronu, temperatura może wynosić może 9-10 stopni, a ja idę w samych bokserkach. Gdy jestem pod tronem ogień strzela w górę, kreatury otaczają Przedwiecznego. 
-Cisza-Cthulhu gniewnie uspokaja sytuację-Wznieście go.
Zlecieli towarzysze, którzy zabierali mnie z mojego świata. Wzięli mnie na ręce i wznieśli w górę gdzie czekała na mnie platforma przedzielona szklaną, zamazaną bąbelkami ścianą. Ogień znów się podniósł gdy stanąłem na platformie.
-Ty imbecylu.-zaczął
-Proszę?
-Ty pieprzony debilu. Myślałeś, że co? Że się zabijesz? Że uciekniesz od tego? Źle myślałeś. Moi wspólnicy kazali mi się tobą opiekować, a ty kaleczysz swoje święte ciało.
-Słyszałem ją, słyszałem jak mnie woła. Muszę odkupić grzechy.
-Ty kretynie, moi wspólnicy zakazują mi wyzywać podopiecznych, ale inaczej się nie da. Jesteś nieśmiertelny. N I E Ś M I E R T E L N Y.-powtórzył wolniej i głośniej. Nie możesz umrzeć, ale wiesz? Dam ci nauczkę. Ja już wiem jaką, a ty dowiesz się później.
Patrzyłem na niego, a on na mnie.
-Więc jeszcze raz-ciągnął dalej-to jest twoje pierwsze widzenie. Wiesz na czym to polega. Wiesz już też kim jesteś. Marcelu. Mam nadzieję, że ci się podoba.
-Zrobiłeś ze mnie faceta, nie mówię, że jest źle, ale czemu?
-To sprawdzian, zobaczysz na czym polega. 
-To sen, prawda?
Roześmiał się, słyszę jego śmiech.
-Nie, oczywiście, że nie-ociera łzy z oczu jedną z macek-na tym polega widzenie.
-Więc teraz jestem przygwożdżony do sufitu?
-Tak jakby. Lecz gdyby ktoś wszedł do pokoju, zobaczyłby ciebie leżącego na łóżku. Twoja dusza jest przy suficie. Twoje ciało leży, można powiedzieć, że fizycznie zemdlałeś.
Zauważyłem, że za szkłem stoi postać. Przy mnie jest niska, ma może 170 centymetrów. Jestem pewny, że ma długie włosy. Jest ubrana w ciemną koszulkę i jakieś krótkie, kolorowe spodenki. Nie ma butów. Jest w piżamie, jak ja.
-Więc to wszystko? Wszystkie wskazówki? Tyle?
-Hmmm, następne widzenie mamy za 10 dni, więc będziesz już chodził do szkoły. Więc chciałbym ci życzyć, żeby twoja klasa była dla ciebie miła.
-Nie wolno mi się bać.
-Zabierzcie go, mam do pomówienia z tym drugim delikwentem.-skierował to do aniołów.
Więc nie tylko ja mam przejebane u bogów. Anioły wzniosły mnie w górę. Leciałem ku ciemności. Usłyszałem tylko kawałek rozmowy między niższą postacią, a Przedwiecznym "A ty co żeś debilu narobił? Po co ci to było? Nie rozumiesz, że jest za wcześnie na...". Lecieliśmy do momentu gdy anioły zniknęły. 
Ocknąłem się na łóżku. Nic nie boli. Włączyłem lampkę. Widzę normalnie, pościel jest czysta, rany są suche, blizna jasna. Jeszcze tylko oczy. Pobiegłem do łazienki. Normalne, pomijając oczywiście kolor. Wróciłem na łóżko. Dokończyłem rozdział, Adam opowiedział mi rozdział do końca. Gdy spojrzałem na telefon widniała godzina 5:43. Wyłączyłem światło, przykryłem się ciepłą kołdrą i znów powoli odpływam.
Jest za wcześnie, tylko za wcześnie na co?

wtorek, 11 sierpnia 2015

Rozdział I (Nowonarodzony)

Otwieram oczy. Jestem na tylnym siedzeniu jakiegoś samochodu, jest trzydrzwiowy. Przednie siedzenie jest odchylone, za oknem stoi moja mama, ale jest jakaś inna, młodsza? Wychodzę z samochodu, jest zima, wokół leży śnieg, stoję przed własnym blokiem. Jestem ubrana w jakąś ciepłą kurtkę. Coś tu nie gra, jest mi jakoś tak nienaturalnie wysoko. Zza pleców słyszę głos ojca "Bierz swoje gramoty i wnoś na górę, ja za ciebie tego nie zrobię". Za naszym samochodem stoi duży wóz przeprowadzkowy, a ja sama stoję przy bagażniku czerwonego golfa. Sięgam po gitarę elektryczną w pokrowcu. Moje dłonie, co jest z nimi nie tak? Nie są moje. Nie, nie, nie. To męskie dłonie. Biorę gitarę i wnoszę na drugie(jak przypuszczałam) piętro, prosto do mojego starego(nowego?) mieszkania. Ojciec palcem wskazuje mi pokój w którym będę mieszkać(mój stary pokój). Kładę gitarę na podłodze i wracam na dół, w tym czasie faceci od przeprowadzek zdążyli już ustawić kanapę w dużym pokoju. Zeszłam na dół po resztę rzeczy.
"Kim jesteś?" To nie jest mój głos, on jest z mojej głowy, przecież stoję tu tylko z mamą, a głos należy do mężczyzny. Lecz kim jestem?
Sama nie wiem kim-dodałam w myślach i zaczęłam wnosić wszystkie kartony oklejone czarną taśmą, wszystkie były moje. W pokoju, przy zachodniej ścianie stał beżowy tapczan, a obok niego mała komoda i szafka na książki. Na przeciwległej ścianie umieszczona była szafa, mniejsza szafka i biurko, na mniejszej szafce umieszczony był mały telewizor, a na biurku prehistoryczny komputer. Ściany były kremowe, bardzo jasne, a na dębowym parkiecie leżał kremowy dywan. Tu jest moje miejsce, tutaj będę żyć.
Po wszystkim zdjęłam kurtkę i powiesiłam na przedpokoju, a buty zostawiłam w szafce obok. Poszłam umyć ręce. Spojrzałam w lustro. To co zobaczyłam wywołało u mnie szok. Jestem duża, bardzo duża, mogę mieć może ze 190 centymetrów. Moje włosy nie są długie i różowe, wręcz przeciwnie, czarne i ledwo sięgają do ramion, grzywka opada mi na część prawego oka. Jestem dużo chudsza i nie mam kolczyków w wardze. Moje oczy z niebieskich stały się zupełnie czarne, puste jak w filmach o opętanych i nienaturalnie duże. Moja skóra stała się prawie biała. I najważniejsze, do cholery, nie jestem kobietą. Jestem facetem.
Umyłem ręce i wyszedłem z łazienki. Mama z tatą siedzieli przy kuchennym stole i szykowali się żeby zacząć kolację. Usiadłem naprzeciw taty, przy oknie. Na stole leżał chleb w koszyczku, dżem wiśniowy, jakieś sery i szynka. Po tym co zobaczyłem nie jestem wcale głodny. Siedziałem i gapiłem się w jedzenie.
-Synku, co się stało, nie chcesz z nami zjeść?
-Nie jestem głodny.
Więc tak brzmi mój głos. Teraz wiem, że głos, który słyszałem przed blokiem nie jest mój. W głowie cały czas mówię do siebie głosem Rocket. I cały czas mam nadzieję, że gdy podejdę do lustra nie zobaczę czarnookiego giganta, lecz małą różowowłosą nastolatkę. Wiem, że to się nie stanie, sam siebie oszukuję, kłamstwa napędzają świat, a także samego mnie.
Spojrzałem na kalendarz, data, która na nim widniała przerażała mnie jeszcze bardziej niż moja płeć, 2 luty 2002. Jestem jeszcze bardziej zagubiony niż wcześniej. Nie poradzę sobie, co gorsza, moja twarz wskazuje na to, że nie mogę być starszy niż dzieciaki w gimnazjum, lub na początku liceum. Jeśli jestem w gimnazjum mam jeszcze bardziej przejebane. Zegar wskazywał na 22:10. Może jak się wykąpię to mi przejdzie.
Wyszedłem z kuchni i poszedłem do pokoju po piżamę. Bokserki w tyranozaury, jak elegancko. Wróciłem do łazienki i zanurzyłem się w cieplutkiej wodzie. I nie będę kłamał, wcale nie jest lepiej. Przy wychodzeniu z łazienki przyjrzałem się sobie bez koszulki. Pod moim lewym obojczykiem znajdował się wzór jak ze znaku yin yang, tylko z małą różnicą, została połowa, różowa blizna przedstawiała samo yin.
Gdy wróciłem do pokoju było po 23, rozebrałem tapczan i usiadłem na nim. Włączyłem telewizor i bezmyślnie przełączałem programy, chcę o tym wszystkim zapomnieć. Przy świetle lampki zacząłem przeglądać mój plecak i jest to, czego potrzebuję, legitymacja szkolna. Nazwisko niby to samo, ale imię "Marcel", wychodzi na to, że urodziłem się 23 sierpnia 1987 roku, teraz mam 15 lat, legitymacja pochodzi z gimnazjum do którego chodziła kiedyś Rocket, lecz ja dopiero się tu przeprowadziłem. Rodzice musieli załatwić wszystko wcześniej. Wrzuciłem ją do plecaka, zgasiłem lampkę i telewizor, położyłem się na łóżku.
Jestem uczniem gimnazjum, jeśli nie będę twardy, nie przetrwam. Nie wolno mi się bać, jeśli zacznę się bać to wyczują mój słaby punkt i pożrą mnie żywcem niczym dzikie drapieżniki.
Leżałem i powtarzałem sam do siebie:
Musisz być silny.

Nie wolno ci się bać.
Nie wolno ci się bać.
Nie wolno ci się bać.
Nie wolno ci się bać.
Nie wolno ci się bać.


Nie wolno ci się bać-w mojej głowie powtórzył głos, który słyszałem wcześniej, przed blokiem.
Kto do cholery ze mną rozmawia?
Nie wolno ci się bać-znów to powtórzył.

Nie wolno ci się bać.
Nie wolno ci się bać.
Nie wolno ci się bać.

"Nie wolno ci się bać, 
wszystko ma swój czas.-w mojej głowie zaczął brzmieć znajomy, przyjemny, kobiecy głos-
Ty jesteś początkiem
do każdego celu...*"

Moje oczy powoli się zamykają. Odpływam.

"Nie odchodź"
Krzyk Koyuki pokruszył całą taflę delikatnego, kruchego snu. Moja wyobraźnia odtworzyła go podświadomie. Moje oczy otworzyły się szeroko. Jest prawie ciemno, przez małe szpary w roletach wpadało światło ulicznych latarni.
Przepraszam Koyuki, przepraszam was wszystkich. Muszę odkupić własne grzechy i idiotyczne decyzje. Jak mogłem być tak głupi? To wszystko moja wina, dzięki mnie tak cierpią.
Po ciemku wyszedłem do kuchni i wziąłem niebieski scyzoryk. Zamknąłem się w łazience i zrobiłem to co uznałem za słuszne. Kilkanaście czerwonych linii na wewnętrznej stronie lewego przedramienia, kilkanaście na udach i brzuchu. Łzy płynęły mi po policzkach, ale nie bałem się ani przez chwilę, przecież nie wolno mi się bać, prawda?
Opłukałem nóż z krwi, nie chcę się zabić, chyba...
Stop. Ja odkupuję grzechy. Wytarłem nóż w ręcznik i odniosłem do kuchni nie budząc nikogo. Wróciłem do łóżka i patrzyłem się w ciemność. Nie wiem czy zasnę.
I znów powtarzam:
Nie wolno ci się bać.
Nie wolno ci się bać.
Nie wolno ci się bać. 



___________________________________________
 Krótki i dziwny, ale zawarłem w nim wszystko co trzeba c: 
 


*Mela Koteluk - Działać bez działania

środa, 29 lipca 2015

Wstęp (sąd)

Włożyłam na siebie śnieżnobiałą, krótką sukienkę. Gravity mówiła, że wyglądam w niej pięknie. Kłamała. Podeszłam do lustra, na mojej twarzy zostały resztki wczorajszego makijażu, rozmazane po policzkach ślady eyelinera. Wypłowiałe, różowe włosy z ciemnymi odrostami opadały na moje piersi. Wanna powoli wypełniała się letnią wodą. Na pralce położyłam butelkę taniej wódki, kartkę papieru i długopis. Nabazgrałam na kartce niezgrabnie "przepraszam" po chwili namysłu dodałam trochę niżej "jeszcze tutaj wrócę". Złożyłam kartkę na pół i odłożyłam kawałek dalej. Pociągnęłam z butelki 4 duże łyki wódki i zakręciłam wodę. Weszłam do wanny, wzięłam do ręki ostry nóż, który kiedyś dostałam od Adama "Masz, ja i tak go nie używam, będziesz miała na stadion". Łzy popłynęły mi po policzkach. 
Wszystkiego najlepszego Rocket, dziś są twoje urodziny, masz już 18 lat. 
Szybkim ruchem wbiłam nóż w skórę lewej ręki i jednym cięciem przejechałam przez duży kawałek przedramienia. Poczułam ból, tak samo jak kiedyś. Woda zaczęła robić się bordowa, łzy spływały po moich policzkach.
Przepraszam.
Obraz powoli się przyciemnia i rozmazuje.
Ciemność.
Czuję ciepło na lewej ręce i chłód na całym ciele. Otwieram oczy, widzę światło. Jestem w stanie wstać. Cała przemoczona stąpam na łazienkowe płytki. Jednocześnie leżę w wannie. Zaczynam rozumieć. To nie ja, to moje ciało. Biała sukienka (teraz bordowa), blada skóra (skąpana w czerwieni), zasychające łzy (już dobrze), wypłowiałe, różowe włosy, do połowy zanurzone w wannie (krwi). Prawdziwa Madame Red*.
Podłoga, nie ma podłogi. Spadam, spadam w ciemność z niewiarygodną szybkością. Spadam w dół, nie czuję już ciepła, czuję tylko chłód. Czuję jak moja biała suknia faluje. 
Uderzam o coś twardego, ziemia? Chłodna ziemia, udeptana. Podnoszę się bym mogła zobaczyć co jest wokół mnie. Ciemność. W zasięgu mojego wzroku, bardzo wysoko otwierają się ogromne, bladoniebieskie oczy, niczym przednie reflektory ("And like a deer in headlights I meet my fate"**). Wokół mnie zapalają się pochodnie w równym rzędzie, od miejsca w którym upadłam do ogromnego złotego tronu, na którym ktoś (coś?) siedzi. Z mojej perspektywy widzę tylko ogromne, umięśnione nogi, które pokrywa łuskowata, bladozielona skóra. Idę wzdłuż pochodni, do tej istoty (Bóg?). Stanęłam naprzeciw tronu, pochodnie zapłonęły ogromnym, niebieskim ogniem. Teraz mogę zobaczyć kto siedzi na tronie. Niebieskie ślepia, głowa przypominająca ośmiornicę ze złotą koroną przyozdobioną szmaragdami, twarz pełna macek, umięśnione, zielone cielsko i ogromne skrzydła na plecach. Wokół niego latają poświsty i młode mary przygrywając na rogach, są ich tysiące, dziesiątki, setki tysięcy. Wygrywają demoniczną melodię by załagodzić Przedwiecznego.
-Cisza-niskim głosem Cthulhu uspokoił demony-zdajesz sobie sprawę gdzie jesteś i kim jestem, prawda?-zwrócił się do mnie, śmiesznie przy nim małej.
-Nie wiem, chyba tak, ale pewnie jak zwykle się mylę.
-Ja jestem Wielki Przedwieczny, bóg jednego z wielu wszechświatów, zdajesz sobie sprawę z tego co zrobiłaś?
-Owszem, tak będzie lepiej.
-Więc nie zdajesz sobie sprawy i nie wiesz jakie są następstwa twojej decyzji. Mam ci pokazać? Chcesz to zobaczyć? Tutaj czas leci inaczej, teraz już wszyscy wiedzą, że jesteś martwa. Chcesz wiedzieć jakie cierpienie im sprawiłaś?
-Cierpienie? Wybacz Przedwieczny, ale jesteś zabawny.
-Tak? Spójrz za siebie.
Za moimi plecami pochodnie lekko przygasły, w powietrzu zaczęła się jakby projekcja filmowa. 
Moja klatka, jest jasno, przez okna wpada słońce. Ktoś idzie, jedna? Nie, dwie osoby. Pierwszy wchodzi Tomek, miło się uśmiechając i ciągnie za rękę Adama. Słyszę psa, mojego psa. Piszczy, chyba siedzi pod drzwiami. Tomek zaczyna pukać do drzwi. Nic. Puka drugi, trzeci raz. Zaczyna dzwonić dzwonkiem. Nic. Wyjmuje telefon, dzwoni do mnie, z głębi domu słychać mój dzwonek. Oboje zaczynają się denerwować. Tomek wyciąga z kieszeni klucze, które mu dałam. Otwiera drzwi. Pies leży przy samych drzwiach i piszczy. W łazience świeci się światło. Idą szybkim krokiem. Stoją w łazience, leżę w wannie pełnej krwi, mam zamknięte oczy i lekko sine usta. Tomek zaczyna płakać, Adam dzwoni na pogotowie, przytyka rękę do mojej szyi. Tomek zaczyna krzyczeć. Prawie nie słychać co Adam mówi do telefonu. "... Boże, ona jest zimna, ona nie żyje, zróbcie coś, przyjedźcie, proszę.". Koniec.
Moje ręce zaczęły się trząść, poczułam ścisk w gardle.
Następne ujęcie. Koyuki siedzi przed komputerem, chyba gra w jakąś grę. Jest lekko podirytowana, rzuca kilka przekleństw w stronę monitora. Pije herbatę. Przychodzi jej pies, kładzie głowę na jej nodze prosząc by go pogłaskać. Koyuki tarmosi go za uszy i wraca do gry. Słychać dzwoniący telefon z pokoju obok. Przechodzi przez korytarz. Telefon leży na szafce, bierze go do ręki. Odbiera jak zwykle. Jej ręce zaczynają drżeć, dusi płacz. Jej oddech staje się płytki i szybki. Traci równowagę, siada na łóżku. Telefon wypada jej z dłoni. Próbuje opanować oddech, słyszę jak płacze. Przybiega jej pies. Wtula się w psa. Koniec.
Łzy zaczęły mi lecieć po policzkach. 
Kolejny film. Pokój Marcina. W tle leci jakaś muzyka, to Megadeth, jestem pewna. Marcin siedzi na łóżku, trzyma w rękach swój bas, ma podłączony stroik, zaczyna kręcić kluczami przy gitarze. Promienie słońca wpadają przez lekko przysłonięte okno, prosto na jego twarz. Odkłada gitarę i wychodzi. Idzie do kuchni. Otwiera lodówkę i bierze piwo. Dzwoni telefon, odbiera. "Nie"-wykrzykuje "nie, nie, nie"-powtarza. Upuszcza piwo, osuwa się po drzwiach lodówki. Siedzi wtulając w siebie kolana, jego twarz jest zasłonięta długimi, prawie białymi włosami, widać, że płacze. Znów jego pokój, Marcin siedzi przy ścianie, nie ma muzyki, jest ciemno i cicho, pokój oświetlają latarnie miejskie. Trzyma do połowy pustą butelkę wódki. W ciszy słychać ciche łkanie. Co chwilę pociąga kilka łyków z butelki. Koniec.
-Przestań, słyszysz?-wykrzyczałam
-Więc nie sprawiłaś nikomu cierpienia? Chcesz oglądać dalej? Mam jeszcze kilka.
-Czemu mi to robisz? Ja chcę wrócić.
-Nie ma odwrotu, ale mam dla ciebie pewną propozycję, której nie możesz odrzucić.
-Czego chcesz?
-Powiedzmy, że twoja wiara jest prawdziwa, wszystkie są prawdziwe. Jest nieskończona liczba wszechświatów, ciągle tworzą się nowe i nowi bogowie. Bogiem twojego jest Odyn, lecz jego zdrowie wyraźnie słabnie. Wraz z radą najwyższych wybraliśmy ciebie oraz jeszcze jednego człowieka abyście go zastąpili. Zsyłam cię do mojego wszechświata abyś poznała swojego wspólnika. Masz 10 minut by pożegnać się z przyjaciółmi.
-Nie wiem czy będę mogła spojrzeć im w twarze. Lecz spróbuję 
-Masz ze mną widzenia 3 razy w miesiącu, 3 dnia miesiąca o godzinie 3.03, 13 dnia miesiąca o godzinie 13.13 oraz 23 dnia miesiąca o godzinie 23.23. A teraz wystarczy, życzę ci miłej podróży. Do zobaczenia, moja droga Rocket.
Chór złożony z nadzwyczajnie pięknych, zielonowłosych Rusałek podniósł głos śpiewając pieśń w nieznanym mi języku, delikatną, piękną pieśń dzięki której czułam się niesamowicie.
Jeden anioł i dwie anielice wzniosły mnie w górę, do światła. Ich aureole świeciły w ciemności upewniając mnie, że to nie sen, ale też, że jestem żywa, chociaż martwa.
Zamknęłam oczy, a gdy je otworzyłam stałam naprzeciw garażu Tomka. Słońce już zaszło, w powietrzu było czuć palone ogniska na działkach i zapach wódki uchodzący z zamkniętego garażu. 
Przeniknęłam do garażu, było cicho, oni byli kompletnie pijani, ubrani na czarno. Wszyscy siedzieli na podłodze, Koyuki, jej chłopak, Tomek, Adam, jego siostra, Marcin, Konrad, Florek, jego brat, Łysy. Obok nich puste butelki po wódce. Patrzyli pusto w podłogę policzki wszystkich były mokre od łez.
Wciąż stałam przy wejściu, w śnieżnobiałej sukience, z raną na lewej ręce.
Zaczęłam cicho śpiewać.
"So long to all of my friends
Everyone of them met tragic ends
With every passing day
I’d be lying if I didn’t say
That I miss them all tonight"***
Wzrok wszystkich w pomieszczeniu padł na mnie. Patrzyli, słuchali, przecierali z niedowierzania oczy. Koyuki zerwała się i szybkim krokiem podeszła do mnie, próbowała mnie przytulić.
-Rocket-wciąż płakała-to nie jest możliwe, Rocket ty nie żyjesz.
-Przepraszam, jak ja mogłam? Boże, nie chciałam was tak ranić.
-Napisałaś, że wrócisz, a ja nie zwątpiłam, nikt z nas nie zwątpił.
-Przyszłam się z wami pożegnać, Wielki Przedwieczny powiedział, że w każdym wymiarze czas płynie inaczej więc nie wiem kiedy się zobaczymy, ale mogę wam obiecać, że jeszcze się spotkamy.
Usiadłam wśród nich, popatrzyłam na ich smutne, zapłakane twarze. Obiecuję wam, wrócę.
-Widziałam wszystko, widziałam jak mnie znajdujecie, widziałam jak płaczecie. Nigdy bym nie przypuszczała, że będziecie aż tak cierpieć. Myślałam, że zniknę po cichu, że po prostu zostanę zapomniana.
-Nigdy nie zapomniałabym kogoś takiego jak ty.
-Jak trzymają się Adam i Tomek?
-Nie mówią prawie nic.
Spojrzałam na długowłosego blondyna, który patrzył w moje oczy jednocześnie będąc wtulonym w Adama.
-Przepraszam, że przysporzyłam tak wielu problemów, przepraszam, że cierpicie. Wszystko ma jakiś sens, a mój czas powoli dobiega końca.
Na suficie otworzył się portal przez który widać było galaktykę. Przez portal do garażu wleciały dwie anielice i anioł. Było słychać odległą pieśń rusałek. 
-Powiedziałam, że się spotkamy, więc wiedzcie, że tak będzie. Obiecuję wam.
Pozwoliłam aniołom wziąć się na ręce i wznieść w przestrzeń. Wznosiłam się i przez otwór wpatrywałam w przyjaciół. Gdy portal zaczął się zarastać usłyszałam krzyk Koyuki "nie odchodź". Moje serce rozsypało się na tysiące rubinowych odłamków. Pieśń była coraz głośniejsza, wznosiliśmy się pośród gwiazd a niebo z każdą chwilą ciemniało, aż w końcu panowała całkowita ciemność. Rusałki zakończyły swój występ. Anioły zniknęły.
Panowała tylko cisza i ciemność, ciemność i cisza. A ja dryfowałam w bezkresie sama, jedyna.



_______________________________________________________
Początek mojego opowiadania, myślę, że jest całkiem ok.
Główna bohaterka, Rocket opuszcza swój świat poprzez samobójstwo by być bogiem wraz z nieznaną jej osobą i zastąpić Odyna.


*Madame Red, lubię Kuroshitsuji
**Bring me the Horizon-Deathbeds
***My Chemical Romance-The Light Behind Your Eyes.