Nie zmrużyłem oka tej nocy. Powtarzałem sam do siebie, że się nie boję, ale tak naprawdę wciąż odczuwam strach. Wziąłem jedną z książek z półki, Stephen King "Miasteczko Salem", jedna z moich ulubionych. Zacząłem lekturę. Śledziłem litery średnim tempem, czytałem je głosem Adama. Powoli, nigdzie się nie spieszę, jutro mogę pospać. Mam ferie. Obserwuję obraz w środku mojej głowy, Adam mi opowiada, a ja siedzę w swoim łóżku, w małej klitce na drugim piętrze, pod ciepłą kołdrą z nadrukiem Kapitana Ameryki dumnie eksponującego swoją tarczę, a nad moją głową świeci lampka.
Nagle poczułem się dziwnie, moje rany zaczęły mnie lekko piec, blizna yin także. Poczułem coś dziwnego w oczach, obraz się troszkę zamazał. Wystąpiła mi na całe ciało gęsia skórka. Włożyłem zakładkę do książki by pójść i zobaczyć w lustrze co jest nie tak. Stanąłem przed lustrem i spojrzałem na moją twarz. Moje oczy się powiększyły, są jeszcze większe niż po południu, ledwo widać białka. Z moich ran lekko sączy się krew, chociaż jeszcze przed chwilą były suche. Blizna pod obojczykiem z lekkiego różu przeszła w karmin. Co tu się do cholery dzieje?
Wróciłem do łóżka, to sen, śpię, jestem tego pewien. To nie dzieje się naprawdę. We śnie czytam książkę, we śnie poszedłem do łazienki, we śnie zobaczyłem te oczy. Niech to będzie prawda. Sprawdziłem godzinę 2:17. Znów zacząłem czytać. Adam w mojej głowie opowiadał mi, a ja przyglądałem się Salem.
Po kilkudziesięciu stronach ledwo widziałem, nie mogłem odczytać liter, wszystko się jakby zblurowało. Zamknąłem książkę z włożoną zakładką. Bolą mnie wnętrzności, zdaje się, że ból rozrywa moje rany i moją bliznę. Zgasiłem światło. Boli. Uspokój się Marcel, to tylko sen.
Unoszę się, mimo bólu unoszę się. Czuję woń krwi. Na chwilę odzyskuję wzrok, wokół mnie wirują krople mojej krwi, z ran już się nie sączy, teraz leci ciurkiem, blizna także krwawi, wygląda jak świeżo zrobiona skaryfikacja. Koniec, blur zupełny, nic nie widzę. Lecę w górę, szybko, bardzo szybko. Uderzam kręgosłupem o sufit. Boli. Obracam się i uderzam żebrami o ścianę. Boli. Blizna zaczyna piec jakby ktoś posypał ją solą.
Ciemność.
Spadam w dół, długo. Ląduję twardo, na udeptanej ziemi, jest zimno. Pochodnie zapalają się na niebiesko. Idę pod tron gdzie siedzi mój przełożony. Rusałki śpiewają coś niepokojącego. Mam nadzieję, że to sen, bo jak nie to pieśń rusałek wskazuje na to, że mam przejebane. Bardzo. Więc idę do tronu, temperatura może wynosić może 9-10 stopni, a ja idę w samych bokserkach. Gdy jestem pod tronem ogień strzela w górę, kreatury otaczają Przedwiecznego.
-Cisza-Cthulhu gniewnie uspokaja sytuację-Wznieście go.
Zlecieli towarzysze, którzy zabierali mnie z mojego świata. Wzięli mnie na ręce i wznieśli w górę gdzie czekała na mnie platforma przedzielona szklaną, zamazaną bąbelkami ścianą. Ogień znów się podniósł gdy stanąłem na platformie.
-Ty imbecylu.-zaczął
-Proszę?
-Ty pieprzony debilu. Myślałeś, że co? Że się zabijesz? Że uciekniesz od tego? Źle myślałeś. Moi wspólnicy kazali mi się tobą opiekować, a ty kaleczysz swoje święte ciało.
-Słyszałem ją, słyszałem jak mnie woła. Muszę odkupić grzechy.
-Ty kretynie, moi wspólnicy zakazują mi wyzywać podopiecznych, ale inaczej się nie da. Jesteś nieśmiertelny. N I E Ś M I E R T E L N Y.-powtórzył wolniej i głośniej. Nie możesz umrzeć, ale wiesz? Dam ci nauczkę. Ja już wiem jaką, a ty dowiesz się później.
Patrzyłem na niego, a on na mnie.
-Więc jeszcze raz-ciągnął dalej-to jest twoje pierwsze widzenie. Wiesz na czym to polega. Wiesz już też kim jesteś. Marcelu. Mam nadzieję, że ci się podoba.
-Zrobiłeś ze mnie faceta, nie mówię, że jest źle, ale czemu?
-To sprawdzian, zobaczysz na czym polega.
-To sen, prawda?
Roześmiał się, słyszę jego śmiech.
-Nie, oczywiście, że nie-ociera łzy z oczu jedną z macek-na tym polega widzenie.
-Więc teraz jestem przygwożdżony do sufitu?
-Tak jakby. Lecz gdyby ktoś wszedł do pokoju, zobaczyłby ciebie leżącego na łóżku. Twoja dusza jest przy suficie. Twoje ciało leży, można powiedzieć, że fizycznie zemdlałeś.
Zauważyłem, że za szkłem stoi postać. Przy mnie jest niska, ma może 170 centymetrów. Jestem pewny, że ma długie włosy. Jest ubrana w ciemną koszulkę i jakieś krótkie, kolorowe spodenki. Nie ma butów. Jest w piżamie, jak ja.
-Więc to wszystko? Wszystkie wskazówki? Tyle?
-Hmmm, następne widzenie mamy za 10 dni, więc będziesz już chodził do szkoły. Więc chciałbym ci życzyć, żeby twoja klasa była dla ciebie miła.
-Nie wolno mi się bać.
-Zabierzcie go, mam do pomówienia z tym drugim delikwentem.-skierował to do aniołów.
Więc nie tylko ja mam przejebane u bogów. Anioły wzniosły mnie w górę. Leciałem ku ciemności. Usłyszałem tylko kawałek rozmowy między niższą postacią, a Przedwiecznym "A ty co żeś debilu narobił? Po co ci to było? Nie rozumiesz, że jest za wcześnie na...". Lecieliśmy do momentu gdy anioły zniknęły.
Ocknąłem się na łóżku. Nic nie boli. Włączyłem lampkę. Widzę normalnie, pościel jest czysta, rany są suche, blizna jasna. Jeszcze tylko oczy. Pobiegłem do łazienki. Normalne, pomijając oczywiście kolor. Wróciłem na łóżko. Dokończyłem rozdział, Adam opowiedział mi rozdział do końca. Gdy spojrzałem na telefon widniała godzina 5:43. Wyłączyłem światło, przykryłem się ciepłą kołdrą i znów powoli odpływam.
Jest za wcześnie, tylko za wcześnie na co?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz