wtorek, 11 sierpnia 2015

Rozdział I (Nowonarodzony)

Otwieram oczy. Jestem na tylnym siedzeniu jakiegoś samochodu, jest trzydrzwiowy. Przednie siedzenie jest odchylone, za oknem stoi moja mama, ale jest jakaś inna, młodsza? Wychodzę z samochodu, jest zima, wokół leży śnieg, stoję przed własnym blokiem. Jestem ubrana w jakąś ciepłą kurtkę. Coś tu nie gra, jest mi jakoś tak nienaturalnie wysoko. Zza pleców słyszę głos ojca "Bierz swoje gramoty i wnoś na górę, ja za ciebie tego nie zrobię". Za naszym samochodem stoi duży wóz przeprowadzkowy, a ja sama stoję przy bagażniku czerwonego golfa. Sięgam po gitarę elektryczną w pokrowcu. Moje dłonie, co jest z nimi nie tak? Nie są moje. Nie, nie, nie. To męskie dłonie. Biorę gitarę i wnoszę na drugie(jak przypuszczałam) piętro, prosto do mojego starego(nowego?) mieszkania. Ojciec palcem wskazuje mi pokój w którym będę mieszkać(mój stary pokój). Kładę gitarę na podłodze i wracam na dół, w tym czasie faceci od przeprowadzek zdążyli już ustawić kanapę w dużym pokoju. Zeszłam na dół po resztę rzeczy.
"Kim jesteś?" To nie jest mój głos, on jest z mojej głowy, przecież stoję tu tylko z mamą, a głos należy do mężczyzny. Lecz kim jestem?
Sama nie wiem kim-dodałam w myślach i zaczęłam wnosić wszystkie kartony oklejone czarną taśmą, wszystkie były moje. W pokoju, przy zachodniej ścianie stał beżowy tapczan, a obok niego mała komoda i szafka na książki. Na przeciwległej ścianie umieszczona była szafa, mniejsza szafka i biurko, na mniejszej szafce umieszczony był mały telewizor, a na biurku prehistoryczny komputer. Ściany były kremowe, bardzo jasne, a na dębowym parkiecie leżał kremowy dywan. Tu jest moje miejsce, tutaj będę żyć.
Po wszystkim zdjęłam kurtkę i powiesiłam na przedpokoju, a buty zostawiłam w szafce obok. Poszłam umyć ręce. Spojrzałam w lustro. To co zobaczyłam wywołało u mnie szok. Jestem duża, bardzo duża, mogę mieć może ze 190 centymetrów. Moje włosy nie są długie i różowe, wręcz przeciwnie, czarne i ledwo sięgają do ramion, grzywka opada mi na część prawego oka. Jestem dużo chudsza i nie mam kolczyków w wardze. Moje oczy z niebieskich stały się zupełnie czarne, puste jak w filmach o opętanych i nienaturalnie duże. Moja skóra stała się prawie biała. I najważniejsze, do cholery, nie jestem kobietą. Jestem facetem.
Umyłem ręce i wyszedłem z łazienki. Mama z tatą siedzieli przy kuchennym stole i szykowali się żeby zacząć kolację. Usiadłem naprzeciw taty, przy oknie. Na stole leżał chleb w koszyczku, dżem wiśniowy, jakieś sery i szynka. Po tym co zobaczyłem nie jestem wcale głodny. Siedziałem i gapiłem się w jedzenie.
-Synku, co się stało, nie chcesz z nami zjeść?
-Nie jestem głodny.
Więc tak brzmi mój głos. Teraz wiem, że głos, który słyszałem przed blokiem nie jest mój. W głowie cały czas mówię do siebie głosem Rocket. I cały czas mam nadzieję, że gdy podejdę do lustra nie zobaczę czarnookiego giganta, lecz małą różowowłosą nastolatkę. Wiem, że to się nie stanie, sam siebie oszukuję, kłamstwa napędzają świat, a także samego mnie.
Spojrzałem na kalendarz, data, która na nim widniała przerażała mnie jeszcze bardziej niż moja płeć, 2 luty 2002. Jestem jeszcze bardziej zagubiony niż wcześniej. Nie poradzę sobie, co gorsza, moja twarz wskazuje na to, że nie mogę być starszy niż dzieciaki w gimnazjum, lub na początku liceum. Jeśli jestem w gimnazjum mam jeszcze bardziej przejebane. Zegar wskazywał na 22:10. Może jak się wykąpię to mi przejdzie.
Wyszedłem z kuchni i poszedłem do pokoju po piżamę. Bokserki w tyranozaury, jak elegancko. Wróciłem do łazienki i zanurzyłem się w cieplutkiej wodzie. I nie będę kłamał, wcale nie jest lepiej. Przy wychodzeniu z łazienki przyjrzałem się sobie bez koszulki. Pod moim lewym obojczykiem znajdował się wzór jak ze znaku yin yang, tylko z małą różnicą, została połowa, różowa blizna przedstawiała samo yin.
Gdy wróciłem do pokoju było po 23, rozebrałem tapczan i usiadłem na nim. Włączyłem telewizor i bezmyślnie przełączałem programy, chcę o tym wszystkim zapomnieć. Przy świetle lampki zacząłem przeglądać mój plecak i jest to, czego potrzebuję, legitymacja szkolna. Nazwisko niby to samo, ale imię "Marcel", wychodzi na to, że urodziłem się 23 sierpnia 1987 roku, teraz mam 15 lat, legitymacja pochodzi z gimnazjum do którego chodziła kiedyś Rocket, lecz ja dopiero się tu przeprowadziłem. Rodzice musieli załatwić wszystko wcześniej. Wrzuciłem ją do plecaka, zgasiłem lampkę i telewizor, położyłem się na łóżku.
Jestem uczniem gimnazjum, jeśli nie będę twardy, nie przetrwam. Nie wolno mi się bać, jeśli zacznę się bać to wyczują mój słaby punkt i pożrą mnie żywcem niczym dzikie drapieżniki.
Leżałem i powtarzałem sam do siebie:
Musisz być silny.

Nie wolno ci się bać.
Nie wolno ci się bać.
Nie wolno ci się bać.
Nie wolno ci się bać.
Nie wolno ci się bać.


Nie wolno ci się bać-w mojej głowie powtórzył głos, który słyszałem wcześniej, przed blokiem.
Kto do cholery ze mną rozmawia?
Nie wolno ci się bać-znów to powtórzył.

Nie wolno ci się bać.
Nie wolno ci się bać.
Nie wolno ci się bać.

"Nie wolno ci się bać, 
wszystko ma swój czas.-w mojej głowie zaczął brzmieć znajomy, przyjemny, kobiecy głos-
Ty jesteś początkiem
do każdego celu...*"

Moje oczy powoli się zamykają. Odpływam.

"Nie odchodź"
Krzyk Koyuki pokruszył całą taflę delikatnego, kruchego snu. Moja wyobraźnia odtworzyła go podświadomie. Moje oczy otworzyły się szeroko. Jest prawie ciemno, przez małe szpary w roletach wpadało światło ulicznych latarni.
Przepraszam Koyuki, przepraszam was wszystkich. Muszę odkupić własne grzechy i idiotyczne decyzje. Jak mogłem być tak głupi? To wszystko moja wina, dzięki mnie tak cierpią.
Po ciemku wyszedłem do kuchni i wziąłem niebieski scyzoryk. Zamknąłem się w łazience i zrobiłem to co uznałem za słuszne. Kilkanaście czerwonych linii na wewnętrznej stronie lewego przedramienia, kilkanaście na udach i brzuchu. Łzy płynęły mi po policzkach, ale nie bałem się ani przez chwilę, przecież nie wolno mi się bać, prawda?
Opłukałem nóż z krwi, nie chcę się zabić, chyba...
Stop. Ja odkupuję grzechy. Wytarłem nóż w ręcznik i odniosłem do kuchni nie budząc nikogo. Wróciłem do łóżka i patrzyłem się w ciemność. Nie wiem czy zasnę.
I znów powtarzam:
Nie wolno ci się bać.
Nie wolno ci się bać.
Nie wolno ci się bać. 



___________________________________________
 Krótki i dziwny, ale zawarłem w nim wszystko co trzeba c: 
 


*Mela Koteluk - Działać bez działania

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz